NOWA KSIĄŻKA. Tomasz Pawlęga i jego podróż do wnętrza Ziemi. Zapraszamy na spotkanie z autorem.

czwartek, 18.8.2022 13:53 1245 2

Tomasz Pawlęga, rocznik 1969, napisał książkę. Właściwie to nie wiem, o czym ona jest. Na przykład o tym, że są to trzy różne opowiadania, dowiedziałem się z okładki. Sam jakoś na to nie wpadłem. Gdy już zacznie się tę książkę czytać, to się ją po prostu czyta... Dla zwyczajnej przyjemności czytania. Tak, to jest książka do CZY–TA-NIA!

Autor jest dobrze znany w naszej okolicy. Prywatnie częściej widuje się go w okolicach Stronia Śląskiego, obowiązki wypełnia w Lądku-Zdroju. Jest więc całkiem „nasz”, czym więc nas może zaskoczyć? A jednak. Po „Nie ma takiego miasta”, „Trupach w Kletnie” „Rychtalskiej”, bo Pawlęga debiutantem nie jest, zaprasza nas do swojego życia. NIe, na szczęcie nie jest to żadna wiwisekcja, ale dostajemy możliwość skonfrontowania jego doświadczeń z naszymi.

Na początku zrobiłem błąd. Tak mi się przynajmniej wydawało. W książce nie ma wielu przypisów, ale zawsze warto od nich zacząć lekturę, by się przekonać, czy autor tylko udaje mądralę. I trafiłem na taką uwagę: „podobnym do Koonsa gustem cieszy się burmistrz Lądka-Zdroju”... Po pierwsze, nie miałem (wtedy) pojęcia, kim jest ów Koons, ale – po drugie – pomyślałem sobie, że odwoływanie się do „włodarza”, jak zwykło się tu mówić o zarządzających gminami, to przejaw serwilizmu. Myliłem się. Nie ostatni raz podczas lektury książki, która pełna jest smakowitych anegdot.

Wiecie choćby państwo, co to jest „białe szaleństwo”? Nie, nie wiecie! Ale o tym jest w innym przypisie. Niesłychanie smakowicie – światowo i swojsko zarazem – zaczyna się właściwa część książki. „Wesele w Bilbao”, to jest tytuł pierwszego opowiadania, a zaraz potem o codziennych wyprawach do Lądka albo o koncercie grupy Tilt w Jarocinie. A potem jeszcze o tym, jak „dziadek Pawlęga” oceniał dzieła mistrza Marca Chagalla, „Żydka z Białorusi”. Nie, nie ma mowy tu o przeintelektualizowaniu. Zaraz pojawia się taki choćby Bruce Lee... Bo nazwiskami i postaciami autor nas wprost zasypuje. Chyba nawet wszystkimi z sensem.

Pozostaje jeszcze wyjaśnić, skąd w tytule tej recenzji pojawia się nawiązanie do książki Juliusza Verne’a. Ten XIX-wieczny klasyk fantastyki naukowej za nic miał współczesne mu teorie naukowe. Pisał swoje i za to pokochali go czytelnicy. Czego i Tomaszowi Pawlędze życzymy. [Jest też drugi powód tej analogii: autor recenzji chciał udać, że erudycją dorównuje samemu Pawlędze]. Książka pozbawiona jest ilustracji, które mogłyby uatrakcyjnić jej odbiór. Nie zobaczymy nawet, jak wygląda jej autor! Jak już napisałem: to jest książka do czytania.

Nie jest łatwo (na razie?) ją kupić. Warto podkreślić, że książkę Pawlęgi wydano lądeckim sumptem, a sfinansował ją miejscowy mecenas, Adam Gacki. Autor zaprasza w 19 sierpnia, w piątek, do Winiarni Radochowskiej [Radochów 8d]. Od 18:00 będzie z nim można pogadać, dostać osobistą dedykację. Jeśli oczywiście wyda się na nią te parę złotych... Warto. A jeszcze gospodarz spotkania, Zbigniew Piotrowicz, zapowiada, że puści swoją „ulubioną boomerską muzykę”. Cokolwiek to znaczy. [kot]

Tomasz Pawlęga: Podróże z Izą, Wydawnictwo Jedenaście, Lądek-Zdrój 2022

PS. I zdania z książki, które określają chyba jej istotę, a zarazem tłumaczą tytuł: „Inspirujesz mnie, kochanie, a właściwie raczej naprowadzasz. Uwielbiam twoje sugestie, bo tworzą mi pewną ramę w namyśle”. Kim jest owo „kochanie” dowiedzą się jedynie ci, którzy sięgną po książkę.

Przeczytaj komentarze (2)

Komentarze (2)

Ja piątek, 19.08.2022 15:07
Może jeszcze jeden Nobel literacki z Kotliny Kłodzkiej ? Tak...
Wojtek H z Kudowy piątek, 19.08.2022 07:26
Potwierdzam, bardzo trafną recenzję autora tekstu. Ja też znalazłem w...