Uciekła z obozu koncentracyjnego. "Nie mogłam zasnąć, czując, jak wszy chodzą mi po ciele, gryząc niemiłosiernie"

piątek, 11.6.2021 10:34 3251 0

Miała 18 lat, gdy wybuchła II wojna światowa, 21 – gdy trafiła do Oświęcimia. W cudowny sposób udało jej się stamtąd uciec i wrócić do domu. Po wojnie w ramach akcji przesiedleńczej musiała opuścić ukochane Kresy. Zamieszkała w Jaworzynie Śląskiej. To ona od 76 lat jest jej domem. Pani Janina Piszczałka 11 czerwca kończy 100 lat. Choć pandemia pokrzyżowała tradycyjną wizytę przedstawicieli gminy u jubilatki, w tym szczególnym dniu składamy pani Janinie życzenia mnóstwa zdrowia, uśmiechu i kolejnych 100 lat życia. 

Historia Janiny Piszczałki (z domu Bobowska) z całą pewnością pełna jest ważnych wydarzeń i barw. To przedstawicielka pokolenia ocalałych w wojnie, obozach zagłady, następnie zmuszonych do opuszczenia domów i szukania szczęścia na ziemiach odzyskanych. Do Jaworzyny Śląskiej przybyła wraz z rodziną w 1945 r. Tu wyszła za mąż i rozpoczęła pracę w Zakładach Porcelany Stołowej „Karolina”. Przepracowała w nich 38 lat, do czasu przejścia na emeryturę.  

Mały domek na Kresach

Urodziła się 11 czerwca 1921 roku. Mieszkała w Chorostkowie (powiat Kopyczyńce, województwo tarnopolskie) razem z rodzicami, czwórką rodzeństwa oraz babcią. Ojciec był ślusarzem, matka zajmowała się domem. Gdy Pani Janina miała 8 lat, ojciec musiał wyjechać do Kanady w poszukiwaniu pracy. Podczas jego nieobecności brat Adam zachorował na zapalenie opon mózgowych i zmarł. Został pochowany na cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie, niedaleko rzeźbionego w granicie anioła, który miał podobno czuwać nad spokojem zmarłych.

Pamiętam, jak spod czarnej woalki po maminej twarzy toczyły się wielkie łzy. Mówiłam jej, że „stróż zesłany od Boga” się nim zaopiekuje. Uśmiechała się wtedy do mnie i przytulała mocno. Tato wrócił z Kanady w 1931 roku. Jego powrót bardzo podniósł mamę na duchu. Oprócz zmarłego brata miałam jeszcze starsze siostry Stasię oraz Kazię, a także małego braciszka Bolka. Łączyła nas bardzo silna więź i nie wyobrażałam sobie, żeby nas kiedykolwiek rozdzielono. Uczęszczaliśmy tylko do siedmioletniej szkoły podstawowej w Chorostkowie, gdyż na wyższe studia nie było nas stać. Mimo to uwielbiałam czytać. Potrafiłam siedzieć do późnej nocy z książką w ręku, przy palącym się jeszcze ogarku świecy, aż nie zgasła, na dobre pozostawiając mnie w sennej ciemności – wspomina Janina Piszczałka. 

Wojna zabrała najlepsze lata

Pani Janina miała 18 lat, gdy wybuchła II wojna światowa.

Zamiast cieszyć się młodością i rozwijać skrzydła, bałam się każdego dnia i ze strachem wychodziłam z domu. W większych miastach panował głód. Ludzie przyjeżdżali na targi, głównie ze Lwowa i Tarnopola, aby zamienić to, co posiadali, na worek pszenicy bądź bańkę mleka. Potem słyszeliśmy pogłoski, że Rosjanie idą nam z pomocą. Szczerze mówiąc, baliśmy się Moskali. Nikt nie wiedział, jak oni wyglądają i czego się po nich spodziewać. Niedługo musieliśmy czekać, aby nasze obawy okazały się słuszne. 17 września Sowieci przekroczyli granice i od razu zaczęli wywozić ludzi na Syberię, najczęściej policjantów, nauczycieli, urzędników państwowych i wszystkich tych, którzy uchodzili za polską inteligencję. Ukraińcy sprzymierzyli się z Rosjanami, aby odegrać się na Polakach za błędy z przeszłości. Mordowali z zimną krwią, odbierając dzieciom ojców, a żony pozostawiając wdowami. Nie znali takich uczuć jak przebaczenie i współczucie – opowiada.

Następnie nadszedł z zachodu front niemiecki. Rosjanie walczyli z Niemcami. Na ulicach pełno było ciał. Ludzie płakali, ten lament pani Janina słyszy do dzisiaj. Gdy wojska przeszły w głąb Rosji, ludność znalazła się pod okupacją niemiecką. Nie wywożono już nikogo na Sybir, ale rozpoczęły się łapanki. Na początku w większych miastach po prostu zgarniali ludzi z ulic. Później okrążali mniejsze miejscowości furgonetkami i chodzili po domach z gotową listą nazwisk. W taki sposób złapano panią Janinę.

Oświęcim

W październiku 1942 roku Janina Piszczałka została wyprowadzona z domu rodzinnego, przewieziona na dworzec. W wagonie towarowym wspólnie z innymi dotarła do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. - Kiedy ujrzałam brudne prycze dla więźniów, na których mieliśmy spać, zrobiło mi się niedobrze. Tylko się położyłam, a w niecałe pięć minut obeszły mnie wszy. Do jedzenia podali nam czerstwy chleb z zepsutym, zgniłym serem, którego nie wzięłam, prosząc o suchą kromkę. Wtedy usłyszałam za sobą zmęczony głos kobiety: „Będziecie jedli! Będziecie! My też na początku nie chcieli!” Nie wiedziałam jeszcze wtedy, gdzie jestem, ani co mnie czeka – opowiada. W obozie spotkała swoją znajomą z rodzinnego miasta – Marię Paluch. Obie trafiły do pracy w kasynie niemieckim. Miały pomagać w kuchni. To dzięki tej pracy były w lepszej sytuacji, niż inni więźniowie. W kuchni dostawały normalne posiłki, a nie racje głodowe jak pozostali. Najgorsze były jednak noce.

Nie mogłam zasnąć, czując, jak wszy chodzą mi po ciele, gryząc niemiłosiernie. Siennik śmierdział okropnie, a ja nie lepiej. Nie miałam się nawet gdzie umyć. Jedyną wodą, jaką mieliśmy, była poranna rosa, która ściekała rynną. Ile jej było na siedem osób!? Praktycznie nic! Że też Niemcy się nas nie brzydzili. Jak osoba ze wszami, nie umyta, mogła pracować w kuchni? Do dziś tego nie rozumiem – mówi.  

Po prostu wyszłyśmy z kasyna 

Po trzech miesiącach pobytu w Oświęcimiu Pani Janina wspólnie z Marią postanowiły uciec. Dużo ryzykowały, podpytując o możliwości ucieczki swoje współpracownice. Dostały jednak adres kobiety, która miała pomóc im ominąć patrol. O 6.30 stawiły się w pracy, szef kuchni przekazał im do obierania buraki i odszedł. Gdy tylko zniknął z pola widzenia, zostawiły wszystko, zabrały rzeczy i wyszły z kasyna tylnymi drzwiami. Nikt ich nie zatrzymał. Udało się ominąć strażnika i udały się pod wyznaczony adres. Po zachodzie słońca opuściły budynek, wyszły na ogród, za którym znajdował się wał rzeczny. To właśnie przez niego musiały się przedostać, a potem iść brzegiem rzeki, aż do najbliższej miejscowości. Udało się. Po kilkugodzinnej wędrówce dotarły do wioski. Maria zapukała do pierwszych drzwi, niestety właściciele bali się im pomagać. Drugie drzwi otworzył mężczyzna, wpuścił je do środka, wspólnie z żoną poczęstował ziemniakami zalanymi słodkim mlekiem. Noc spędziły na snopie siana. To była pierwsza noc poza obozem. Rano ponownie ruszyły w drogę. Szły wzdłuż rzeki, gdy spotkały policjanta w niemieckim mundurze. 

– Myślałam, że to koniec. Nie próbowałyśmy uciekać, bo i tak nie miałyśmy szans. Czekałyśmy ze strachem na to, co przyniesie los. I znowu to nasze głupie, naiwne szczęście. Okazało się, że policjant był Ślązakiem. Rudy chłopak, około 20–letni, służył Niemcom, ale był Polakiem. Wręczył nam jabłko, które miał przy sobie. Rozmawialiśmy przez chwilę, poradził nam, by kupować bilety na dłuższe dystanse. Kiedy doszłyśmy do stacji, ujrzałyśmy dobrze nam znany ruch przed świętami. Każdy się spieszył do rodziny. Wydawało mi się, że czas zatrzymał się w miejscu. Wszystko było takie nierealne. Usiadłyśmy gdzieś z boku na ławeczce. Ja zostałam pilnować rzeczy, a Maria poszła się rozejrzeć. Gdy tak siedziałam, podszedł do mnie kolejarz. Wręczył mi bochenek chleba, niemiłosiernie burczało mi w brzuchu. Tylu dobrych ludzi nam pomagało, tyle szczęścia miałyśmy… Maria wróciła z wiadomością, że pewna pani zgodziła się nam kupić bilety z Dębic do Tarnopola z przesiadką – wspomina Pani Janina.

Gdy dotarły do Tarnopola, czekały do zmroku i udały się do ciotki Marii. Od niej dostały pieniądze na bilety do Chrostkowa. Wróciły do domu.

Życie na wolności nie było już takie cudowne, jak mi się wydawało. Cały czas bałam się, że mnie „złapią i powieszą” – jak mi napisał szef kuchni zaraz po ucieczce. Był dobrym człowiekiem i martwił się o nas. Każdej nocy spałam gdzie indziej. Raz u sąsiadów, to znowu u naczelnika stacji, a czasami po prostu w polu, na ziemi. Kryłam się po strychach i piwnicach. To życie nie było wcale lepsze, szczególnie gdy przeze mnie Niemcy złapali moje dwie starsze siostry. Poczucie winy jest najgorsze, zabija człowieka od środka jak pasożyt – dodaje. Spokój odzyskała dopiero w 1944 roku, gdy front przeniósł się znów na zachód. Była wolna. Powoli tworzyły się nowe granice Polski, ludzi zaczęto przesiedlać na ziemie odzyskane.  

Jaworzyna Śląska nowym domem

W 1945 r. pani Janina wraz z całą swoją rodziną przyjechała do Jaworzyny Śląskiej. Przejęli gospodarstwo w pełni zagospodarowane, niemal od razu zbierając z niego plony. Kobieta rozpoczęła pracę w Zakładach Porcelany Stołowej „Karolina”, tu pracowała 38 lat, aż do przejścia na emeryturę. W Jaworzynie Śląskiej poznała i poślubiła swojego męża. W latach 60. zmarł tata pani Janiny – Stanisław, w 1971 r. – mama Józefa. Siostry przeniosły się do Łańcuta i Gryfowa. Seniorką opiekuje się obecnie siostrzenica z rodziną.

Dodaj komentarz

Komentarze (0)

Nowy wątek