W Lądku-Zdroju rusza 27. Festiwal Górski. Początki tej wielkiej dziś imprezy wspomina Zbigniew Piotrowicz, jej pomysłodawca [FOTO]

środa, 7.9.2022 15:13 1729 3

Jakie były początki wielkiej imprezy, bo bez wątpienia Festiwal Górski w Lądku-Zdroju taką właśnie dziś jest? 8 września rozpoczyna się 27. edycja tego festiwalu, który wymyślił Zbigniew Piotrowicz, rocznik 1958. Na Ziemię Kłodzką Piotrowicz przyjechał z Wielkopolski niemal 37 lat temu. I został. Najpierw w Konradowie, potem rządził Lądkiem i uzdrowiskiem, teraz osiadł z rodziną w Radochowie. To bez wątpienia nie tylko świadek historii ostatnich dziesięcioleci w naszym regionie, ale i jej jeden z najbardziej znaczących twórców. Bo czy wydarzyło się w Lądku coś ważniejszego, niż Festiwal Górski, którego jest pomysłodawcą? Swoje doświadczenia z naszym regionem spisał w książce Sudeckość, o której więcej można przeczytać TUTAJ. Góry szanuje, bo na wysokogórskich wyprawach sam doświadczył ich potęgi.

Doba.pl: Jak się pan czuje jako twórca imprezy, w kontekście której nie da się użyć ulubionego w Lądku zwrotu: „A kiedyś to było fajnie...”? Festiwal Górski stale się przecież rozwija i nadaje charakter temu miastu.

Zbigniew Piotrowicz: – Nie będę ukrywał: to prawdziwy sukces. Przeszło ćwierć wieku temu, organizując pierwszą imprezę, nie sądziłem, że aż tak się ona rozrośnie i nie zniknie zmiażdżona przez wielkie festiwale odbywające się w miastach dużo bardziej zasobnych. Gdy po kilkunastu edycjach zwątpiłem w swoje możliwości kreowania nowych pomysłów, po chwili zawirowań pojawił się jako szef Maciej Sokołowski [na zdjęciu poniżej razem ze Zbigniewem Piotrowiczem w jego Winiarni Radochowskiej], który ma zupełnie inny rozmach. To on sprawił, że lądecka impreza stała się najbardziej znaczącym festiwalem tego typu w Europie. A to, że została tutaj przeniesiona uroczystość wręczenia prestiżowych w środowisku górskim nagród Złotych Czekanów, ze znanego w całym świecie alpejskiego Chamonix do prowincjonalnego Lądka, spod szczytu pokrytego lodowcami Mont Blanc pod górkę Trojak, to już jest zupełny fenomen. Mówiąc szczerze, ja chyba bym się nie odważył na wypłynięcie na tak szerokie wody. I ogromny szacunek mam dla Maćka, który się na taki ruch zdecydował.

To rzadka okoliczność, gdy twórca imprezy tak komplementuje swojego następcę.

– Jestem Maćkowi bardzo wdzięczny, że tak rozwinął mój pomysł. Na festiwalu mam ciągle swoje miejsce, w dużej mierze honorowe, co mi bardzo odpowiada, bo nie muszę wiele robić, a bywam. W którymś momencie byłem już jednak zmęczony i przekonany, że się wypaliłem. I wtedy pojawił się Maciek, który na festiwal przyjeżdżał chyba od trzeciej edycji. Bardzo mu się ta impreza podobała i znacząco przyczyniła się do tego, że przeprowadził się z Gdańska do Lądka. Tutaj znalazł ośrodek życiowej aktywności, choć w Gdańsku ma dalej firmę. Wydzierżawił schronisko na Szczelińcu i schronisko w Pasterce, zresztą namówiony trochę przeze mnie. Ma pasję, a nie da się takiej imprezy robić, kiedy nie jest się entuzjastą.

Zaczęło się jednak w 1995 r. od pana pomysłu i skromnej, z dzisiejszej perspektywy, pierwszej edycji.

– Kierowałem się dość egoistycznymi pobudkami. Na przełomie lat 80. i 90. XX w. w Katowicach tamtejsze środowisko, czyli Jerzy Kukuczka, Janusz Majer, Artur Hajzer czy Ryszard Warecki, a więc elita naszych himalaistów, co dwa lata organizowało festiwal górski. Sami sławni, ściągali najsławniejszych ludzi na świecie i najlepsze filmy. Ja na te festiwale jeździłem i czekałem na nie z niecierpliwością. Odbyły się tylko trzy edycje, ostatnia w 1992 r. Gdy dwa lata później katowickiego festiwalu zabrakło, tak mi było żal, że sam zabrałem się za organizację podobnej imprezy, bo nigdzie w Polsce takiej wtedy nie było. Lądek po sezonie to było senne miasteczko, ale miało bazę noclegowa, wokół góry, które wydawały się w miarę atrakcyjne dla turystów górskich, a na dodatek miał skałki, które można było zagospodarować. I od tego zaczęliśmy.

„My”, czyli kto?

– Razem z moim obecnym sąsiadem Szymonem Filem, z Jackiem Koziarkiem, teraz prezesem Grupy Sudeckiej GOPR, czy Jurkiem Bieleckim, z którym napisaliśmy przewodnik wspinaczkowy po Skałkach Lądeckich. Po prostu oczyściliśmy je i przygotowaliśmy punkty asekuracyjne. I to stało się bardzo fajnym zapleczem festiwalu. Okazało się, że ludzie tutaj zaczęli przyjeżdżać, a przewodnik spełnił swoją rolę [zaktualizowany przewodnik 3 lata temu został ponownie wydany, tym razem w Opolu, bo tamtejszy klub wysokogórski naszymi skałkami się zajął i dba o nie]. Wiele osób było po prostu ciekawych nowego rejonu do wspinaczek. Wtedy w kraju była taka tendencja, że wspinaczy zewsząd przeganiano, a osadzone już punkty asekuracyjne wyrywano nawet ciągnikami. Żeby porządek był...

W Lądku było inaczej?

– Zdecydowanie. Gdy dostałem pierwsze pieniądze na festiwal, a była to konkretna sumka: 10 tys. zł, i to nie wprost z urzędu gminy, ale z własnych funduszy rady miejskiej, za połowę zorganizowałem festiwal, ale kupiłem też spity i spitownicę, czyli wyposażenie wspinaczkowe [do kasy rady zwróciłem jeszcze bodajże 2,5 tys. zł]. Mieliśmy tu więc pierwszą gminną spitownicę, o której donosiły nawet ogólnopolskie czasopisma. Choć nieżyczliwie można by to uznać za nadużycie funkcji, bo byłem już wtedy radnym, udało się dzięki temu z Lądka zrobić miejsce wspinaczkowe, a razem z Jurkiem Bieleckim udokumentowaliśmy około stu poprowadzonych wcześniej dróg po skałkach. Teraz jest ich jeszcze więcej.

A sam festiwal? Jak się udała jego pierwsza edycja?

– Skałki to był dodatek do festiwalu, a właściwie do przeglądu, bo nie mieliśmy jeszcze wtedy ambicji festiwalowych. Nie było jurorów, chodziło o to, żeby pobyć razem, obejrzeć filmy. Publiczność wybierała co prawda najlepszy, ale chodziło przede wszystkim o to, żeby to była środowiskowa impreza, choć środowisko to rozumiałem wówczas szeroko. Nie tylko jako ten „zakon wspinaczkowy”, ale wszystkich, dla których góry są w jakiś sposób istotne. I dla turystów, i dla artystów, dla których góry są tworzywem, i dla naukowców, dla których są miejscem pracy, i dla speleologów.

Pan przecież nie jest stąd. Może zatem po prostu pan nie wiedział, że tu niczego nie można, że nic się nie udaje?

– Do Konradowa przeprowadziłem się w grudniu 1985 r. i przez pierwsze lata nie wiedziałem nawet, gdzie w Lądku jest rynek. Nie miałem tu właściwie żadnych spraw do załatwienia, a jak już coś się trafiło, to musiałem się zastanawiać: a do rynku to gdzie? To nie było miasto, które zajmowałoby moją uwagę. I ja też nie byłem tu do niczego potrzebny.

Pierwszy przegląd filmów górskich w 1995 r. robił pan jeszcze jako osoba prywatna. Kto panu wtedy pomagał?

– Robiliśmy to siłami ludzi z Lądka, którzy angażowali swój prywatny czas, namówiłem też kilka osób ze środowiska wspinaczkowego. Impreza miała wtedy zupełnie inną skalę, niż ta, którą znamy teraz. Pisałem korespondencję, oglądałem filmy, organizowałem tłumaczenia, choć na początku były to głównie filmy polskie. Próbowałem kontaktować się ze światem przez telefon, a dzwonienie wtedy – o czym mało dziś kto pamięta czy nawet wie – nie było sprawą prostą. Choćby czekanie na połączenie z Katowicami, na międzymiastową, bo pa - nie z centrali na poczcie musiały włożyć wtyczki w odpowiednie gniazdko, a gdzieś tam inne panie w kolejne gniazdka. I tak trwało to ze trzy godziny. Czasem, w sytuacjach kryzysowych, ówczesny burmistrz Adam Szmidt pozwalał mi dzwonić z urzędu, bo tylko tam był telefon z bezpośrednim wyjściem na inne miasta.

Jak to teraz wyjaśnić, że nie było komórek i internetu?

– No właśnie, ludzie nie zdają sobie dziś sprawy, że właśnie tak było. A było. Ale przecież nie wyżalam się, bo wszyscy funkcjonowali w takich warunkach. To było normalne. Wtedy mi się wydawało, że to jest normalne. Dziś wydaje się to dziwaczne.

Czy dziś taka duża impreza buduje tutaj jakąś wspólnotę?

– Nie jestem tego pewien. Był moment, kiedy z pewnością tak było. Na festiwal górski nie przychodzi zbyt wielu lądczan. I chyba na żaden festiwal tu się odbywający. Wyjątkiem są warsztaty przy „Lecie baletowym”, w których uczestniczy dużo dzieci z Lądka. Przez moment tak funkcjonował ówczesny Przegląd Filmów Górskich, gdzie główną grupą wolontariuszy była młodzież z lądeckiego liceum [Liceum Ogólnokształcące w Lądku-Zdroju nosi dziś imię Andrzeja Zawady (1928-2000), pioniera himalaizmu zimowego. Na zdjęciu poniżej jego żona, aktorka Anna Milewska, w odwiedzinach u Piotrowiczów w Radochowie]. Jedynym wynagrodzeniem była wówczas festiwalowa koszulka, ale już jej posiadanie, oznaczało przynależność do pewnej wspólnoty, ekipy, która robi ten festiwal, która ociera się o kawałek większego, ciekawego świata. Myślę, że wtedy rzeczywiście taki element wspólnoty się pojawił. Jak festiwal się rozrósł, chyba to się zgubiło, przynajmniej na poziomie lokalnym.

A może przestaliście szukać i lądczanie przestali już wam być do czegokolwiek potrzebni?

– Czasy mamy takie, że znani himalaiści zostali wykreowani przez media na celebrytów, co sprawiło, że festiwal może być spostrzegany jako impreza dla trochę hermetycznego środowiska, a więc wspólnoty, ale żyjącej własnymi sprawami i imprezami. Chodzi o to, żeby wyciągnąć rękę do ludzi spoza środowiska wspinaczkowego, żeby oni też tutaj przyszli. Żeby się poczuli u siebie, bo przecież góry są dla wszystkich!

ze Zbigniewem Piotrowiczem rozmawiał Tomasz Kontek

Zdjęcia: archiwum prywatne Zbigniewa Piotrowicza oraz doba.pl. Pełny tekst rozmowy ukazał się w czasopiśmie PrzyLądek Historii.

Przeczytaj komentarze (3)

Komentarze (3)

Obserwatorka środa, 07.09.2022 22:03
Pamiętam te pierwsz przeglądy. Festiwal to już coś innego. Typowa...
czwartek, 08.09.2022 15:51
Dzisiaj nic nie jest tanie i dlatego też wiele rzeczy...
czwartek, 08.09.2022 20:34
PGG ogłosiło 20% podwyżkę cen węgla. Mam przeczucie, że kultura...